WIG20 najniżej od ponad sześciu lat. Co dalej?

WIG20 przed dwoma dniami znajdował się na poziomie 1.997 punktów. To najniższe wskazanie indeksu od połowy 2009 roku. Kontrolka ostrzegawcza się zapaliła i niestety w dalszym ciągu się pali. Co gorsze, dzięki politykom zanosi się na to, że szybko nie zgaśnie.

Kto czytuje tego bloga, a wcześniej moje komentarze giełdowe w Money.pl, wie, że zazwyczaj jestem optymistą. Pesymistą jedynie bywam 🙂

Mam jednak kilka argumentów na swoją obronę. Kiedy ludzie kupują, wynagrodzenia i oszczędności rosną, bezrobocie spada, a coraz większa grupa polskich firm swoich szans na rozwój zaczyna szukać za granicami naszego kraju, spokojnie można powiedzieć, że koniunktura w polskiej gospodarce wygląda całkiem przyzwoicie.

Jeśli mniej więcej w tym samym czasie stopy procentowe spadły do historycznych minimów, a prawdopodobieństwo sensownego zarobku na lokacie bankowej jest mniej więcej takiej jak szansa na upolowanie przed świętami promocyjnego Karpia w Lidlu, nie ma opcji, żeby uwagi oszczędzających Polaków nie przyciągnęły akcje, czy fundusze inwestujące w akcje.

Niestety nasi politycy – od razu rzetelnie zaznaczę, że niezależnie od opcji politycznej – nie raz napsuli inwestorom krwi. Dodatkowo, swoimi pomysłami, sugestiami i działaniami sukcesywnie zniechęcali Polaków do rynku kapitałowego. Co gorsze, nie wygląda na to, aby miało się to w najbliższym czasie zmienić, a istnieje spora szansa, że skutecznie „wystraszone” zostaną także instytucje i inwestorzy zagraniczni.

Pierwsza sprawa to OFE. Pierwszego zaboru dokonała Platforma Obywatelska, kiedy warta ponad 150 miliardów złotych, część obligacyjna Otwartych Funduszy Emerytalnych została przekazana do ZUS. Choć Paweł Szałamacha, kandydat na ministra finansów w nowym rządzie, deklarował, że PiS nie planuje likwidacji OFE, to po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, droga do kolejnego zaboru jest praktycznie otwarta.

Druga sprawa to temat opodatkowania aktywów banków lub transakcji finansowych. W pierwszym przypadku ucierpią przede wszystkim banki, choć istnieje ryzyko, że w efekcie te wyraźnie przykręcą finansowanie gospodarce. Drugi pomysł może natomiast doprowadzić do jeszcze poważniejszych konsekwencji. Ryzyko zdecydowanego zmniejszenia liczby transakcji i inwestorów, spadku płynności a nawet odpływu kapitału z GPW to tylko te najważniejsze. „Na szczęście” przyszły minister finansów stawia na wariant numer 1.

Takich spraw można byłoby z pewnością wymienić jeszcze co najmniej kilka. Dalej punktować jednak nie mam zamiaru. Zmierzam jedynie do tego, że giełda i pieniądze to niezwykle delikatne tematy. Tutaj nie trzeba fizycznie czegoś spieprzyć, żeby poważnie namieszać. Wystarczy, że takie zagrożenie zostanie zasygnalizowane. Nawet między wierszami w wypowiedzi polityka, który rozprawia o rzeczach, które nie zawsze rozumie lub wprost nie zdementuje kosmicznego pomysłu, na który wpadł jego partyjny kolega.

Wracając jednak do giełdy… 9 października, kiedy WIG20 na chwilę zagościł poniżej linii 2.000 punktów i był najniżej od lipca 2009 roku, w głowie zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza. Później, choć indeks szybko znalazł się nad tą psychologiczną barierą, lampka ta już nie zgasła. Giełdowych akcji jak dotąd się nie pozbyłem, bo wciąż nie wykluczam trwalszego odbicia na GPW. Umiarkowany optymizm zamieniam jednak na ostrożny realizm. Większą ostrożność zalecam zresztą wszystkim inwestorom.

Wszystkie zamieszczone na tej stronie teksty stanowią wyraz moich osobistych opinii oraz poglądów i nie powinny być traktowane jako rekomendacje kupna lub sprzedaży papierów wartościowych. Wszelkiego rodzaju szacunki bazują na ogólnodostępnych informacjach i powinny być traktowane wyłącznie poglądowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

CommentLuv badge