Dywersyfikacja portfela, czyli jak w końcu podzielić te jaja?

Nie wsadzaj wszystkich jaj do jednego koszyka – głosi jedna z najpopularniejszych zasad inwestowania. A może lepiej właśnie wszystkie jaja wsadzić do jednego koszyka i pilnie go strzec. Dywersyfikacja portfela – warto, czy nie?

Tłumaczenie wszelkiej maści poradników dla inwestorów jest bardzo klarowne. Wsadzając wszystkie jaja (czytaj – kapitał) do jednego koszyka (czytaj – konkretna inwestycja) ryzykujesz, że w razie zaskakującej/nieoczekiwanej sytuacji możesz stracić większość, bądź nawet wszystko, co zainwestowałeś. Każdy, kto załapał się na bankruta w portfelu, doskonale wie, co mają na myśli autorzy tych poradników. Nie chcę tu nikogo obrazić, takie sytuacje zdarzają się większości z nas. Giełdowe trupy nie raz wypadały także z eksperckich (instytucjonalnych) szaf.

Wychodzi więc na to, że przytoczona powyżej zasada jak najbardziej ma sens. Wciąż pozostaje jednak druga strona medalu. No dobra, skoro jesteśmy przy obrazkach, to załóżmy, że liczba posiadanych przez Ciebie jajek wynosi 10. Czy jesteś w stanie poradzić sobie z pilnowaniem ośmiu, czy nawet dziesięciu koszyków, pomiędzy które je rozlokujesz? Ja nie potrafię. Myślę też, że każdy kto kiedykolwiek próbował uważnie śledzić losy (informacje, analizy, raporty, a nawet same notowania) ośmiu, czy dziesięciu różnych spółek posiadanych w portfelu, z pewnością przyzna mi rację.

Jest jeszcze jedno pytanie – czy posiadanie 10 koszyków jest w stanie ochronić Cię przed ryzykiem. Jeśli mówimy o ryzyku utraty całości zainwestowanego kapitału to zapewne tak. Jeśli jednak mówimy o stracie większości, to niekoniecznie. Przykład? Dynamiczne zjazdy giełdowych indeksów w latach 2007-2008 i zachowanie jednostek funduszy inwestycyjnych. Zarządzający TFI zdecydowanie preferują rozdzielanie jajek między wiele koszyków, a mocnych, często ponad 50-procentowych strat uniknąć wówczas również nie zdołali.

Dywersyfikacja portfela – warto, czy nie?

Ostatnio przeczytałem o jeszcze innej metodzie – wsadź wszystkie jajka do jednego koszyka i pilnuj go, jak oka w głowie. Uzasadnienie też jest sensowne. W końcu mając do pilnowania tylko jeden zasobny koszyk jesteśmy w stanie oszacować wszystkie potencjalne czynniki ryzyka. Moim zdaniem, tego niestety też nie jesteśmy w stanie zrobić. Każdy, kto posiadał akcje KGHM, kiedy podczas expose premiera Tuska padły słowa o nowym podatku od kopalin, czy miał papiery CD Projekt, kiedy spółka zdecydowała się przesunąć termin gry Wiedźmin 3 Dziki Gon, doskonale wie o czym piszę.

Rozwiązaniem raczej nikogo nie zaskoczę, trzeba szukać złotego środka. Oczywiście, warto mieć kilka koszyków (to akurat nie jest proste, aczkolwiek najlepiej poszukiwać takich, które są podatne na inne – niezwiązane ze sobą – czynniki ryzyka), ale maksymalnie tyle, ile jesteśmy w stanie upilnować. Inwestorzy stawiający jedynie na analizę techniczną poradzą sobie z większą liczbą spółek. Ci, którzy wybierają fundamenty zazwyczaj są w stanie ogarnąć ich mniej.

Osobiście staram się łączyć obie metody, a maksymalna liczba spółek, z którymi – raz lepiej, a raz gorzej – jestem w stanie sobie poradzić wynosi 5. Uczciwie muszę jednak przyznać, że znacznie lepiej czuję się mając w portfelu akcje 3 lub 4 firm. Zaznaczam, że piszę tu o faktycznie posiadanych walorach. W gronie obserwowanych firm staram się mieć kolejne 5-8 spółek. Zerkanie z doskoku na notowania, bądź najnowsze newsy ich dotyczące jest zdecydowanie mniej czaso- i pracochłonne.

To może również Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

CommentLuv badge